Lex Szarlatan – Aktualna wiedza medyczna – Nauka czy dogmat?

Lex Szarlatan – Aktualna wiedza medyczna – Nauka czy dogmat?

W ostatnich miesiącach polska debata publiczna coraz częściej koncentruje się wokół projektu nowelizacji ustawy o prawach pacjenta i Rzeczniku Praw Pacjenta, określanego potocznie jako „lex szarlatan”. Sam cel tej regulacji trudno kwestionować.

Każde odpowiedzialne państwo ma obowiązek chronić swoich obywateli przed oszustwem, świadomym wprowadzaniem pacjentów w błąd oraz działalnością osób, które wykorzystują ludzkie cierpienie dla osiągnięcia korzyści finansowych. Nikt rozsądny nie będzie bronił praktyk zagrażających zdrowiu lub życiu człowieka ani podważał konieczności eliminowania działań przestępczych z obszaru ochrony zdrowia. Jednak historia prawa pokazuje, że nawet najbardziej szlachetne intencje nie gwarantują jeszcze dobrego ustawodawstwa. Każda regulacja ingerująca w podstawowe prawa obywateli powinna być tworzona z najwyższą starannością, ponieważ skutki źle skonstruowanego prawa mogą okazać się znacznie poważniejsze niż problemy, które miało ono rozwiązać. W demokratycznym państwie prawa nie wystarczy bowiem wskazać słuszny cel. Równie ważne jest to, czy środki prowadzące do jego osiągnięcia pozostają zgodne z Konstytucją Rzeczypospolitej Polskiej, zasadą proporcjonalności, standardami praw człowieka oraz fundamentalnymi wartościami współczesnej medycyny.

Właśnie dlatego projekt nowelizacji wywołał tak szeroką dyskusję nie tylko wśród lekarzy, lecz także prawników, naukowców, bioetyków oraz przedstawicieli środowisk zajmujących się medycyną naturalną, fitoterapią i medycyną integracyjną. Spór nie dotyczy potrzeby ochrony pacjentów. Dotyczy pytania znacznie bardziej fundamentalnego – gdzie przebiega granica pomiędzy uzasadnioną ochroną obywatela a nadmierną ingerencją państwa w jego prawo do decydowania o własnym zdrowiu.

To pytanie nie jest nowe. Towarzyszy medycynie od chwili, gdy przestała ona być wyłącznie sztuką leczenia, a stała się również przedmiotem regulacji prawnych. Każde pokolenie lekarzy i prawników musiało odpowiedzieć sobie na pytanie, kto ostatecznie podejmuje decyzję terapeutyczną. Czy państwo? Czy urzędnik? Czy środowisko naukowe? Czy lekarz? A może sam pacjent?

Współczesna bioetyka udzieliła na to pytanie jednoznacznej odpowiedzi. Pacjent nie jest przedmiotem leczenia. Jest jego podmiotem. Nie jest własnością państwa, systemu ochrony zdrowia ani żadnej instytucji. Jest człowiekiem obdarzonym przyrodzoną godnością oraz prawem do samodzielnego decydowania o własnym życiu i zdrowiu. Ta zasada nie jest wyłącznie etycznym postulatem. Stanowi jeden z fundamentów współczesnego porządku prawnego. Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej chroni godność człowieka, jego prawo do ochrony zdrowia, wolność osobistą, prywatność oraz zasadę proporcjonalności ograniczeń praw obywatelskich. Rozwinięciem tych norm są przepisy ustawy o prawach pacjenta oraz ustawy o zawodach lekarza i lekarza dentysty, które gwarantują choremu prawo do uzyskania pełnej informacji o swoim stanie zdrowia, proponowanych metodach leczenia, możliwych alternatywach terapeutycznych, ryzyku oraz przewidywanych skutkach zastosowania lub zaniechania określonego postępowania. Dopiero po uzyskaniu takiej informacji pacjent może wyrazić świadomą zgodę albo odmówić leczenia.

Świadoma zgoda nie jest jedynie podpisem złożonym na formularzu. Jest konsekwencją prawa człowieka do wolnego wyboru. Prawo to staje się jednak iluzoryczne, jeżeli zakres informacji, które lekarz może przekazać pacjentowi, zostaje ograniczony wyłącznie do jednego dopuszczalnego sposobu postępowania. W praktyce bowiem trudno mówić o rzeczywistym wyborze tam, gdzie nie istnieje możliwość przedstawienia alternatyw lub indywidualizacji terapii.

W tym miejscu dochodzimy do zagadnienia, które wydaje się najważniejszym elementem całej dyskusji. Projekt ustawy wielokrotnie posługuje się pojęciem „aktualnej wiedzy medycznej”, nie wyjaśniając jednak, co właściwie należy przez nie rozumieć. To zaskakujące, ponieważ właśnie od interpretacji tego zwrotu zależeć może możliwość nakładania bardzo dotkliwych sankcji administracyjnych, obejmujących wysokie kary finansowe, wpis do publicznego rejestru czy publikację decyzji organów administracji.

Pozornie wydaje się, że każdy wie, czym jest aktualna wiedza medyczna. W rzeczywistości odpowiedź na to pytanie okazuje się znacznie trudniejsza. Nauka nie jest bowiem zbiorem niezmiennych dogmatów. Jest procesem nieustannego zadawania pytań, weryfikowania hipotez i podważania wcześniejszych przekonań. Historia medycyny jest historią nieustannych korekt, odkryć i przewartościowań. Wiele teorii uznawanych niegdyś za bezdyskusyjne zostało z czasem odrzuconych, a liczne metody początkowo budzące sceptycyzm stały się po latach standardem postępowania terapeutycznego. Nauka rozwija się właśnie dlatego, że nie uznaje żadnego dogmatu ani poglądu za ostateczny.

To dlatego tak istotna wydaje się propozycja zgłoszona podczas prac Senatu, aby ustawowo zdefiniować pojęcie „aktualnej wiedzy medycznej”. Autorzy poprawki proponowali, aby była ona rozumiana jako „dynamiczny zbiór zweryfikowanej wiedzy naukowej oraz doświadczenia klinicznego, podlegający ciągłej weryfikacji i rozwojowi w świetle nowych odkryć naukowych, wyników badań oraz obserwacji klinicznych”, podkreślając jednocześnie, że „aktualna wiedza medyczna nie ma charakteru dogmatu i podlega zmianom wynikającym z postępu nauki oraz praktyki medycznej”.

Nauka nie rozwija się dzięki jednomyślności

Jednym z największych paradoksów współczesnej debaty o medycynie jest to, że coraz częściej mówi się o „aktualnej wiedzy medycznej”, jak gdyby była ona zbiorem raz na zawsze ustalonych i zamkniętych niepodważalnych prawd. Tymczasem każdy, kto choć trochę zna historię nauki, wie, że jej siłą nigdy nie była nieomylność. Przeciwnie, rozwój nauki był zawsze możliwy dlatego, że kolejne pokolenia badaczy miały odwagę kwestionować poglądy uznawane wcześniej za bezdyskusyjne.

Filozof nauki Karl Popper pisał, że teoria naukowa nigdy nie może zostać ostatecznie udowodniona. Można jedynie wykazać, że dotychczas nie została obalona. Każde nowe doświadczenie, każde nowe badanie i każde nowe odkrycie może zmienić nasze rozumienie rzeczywistości. Nauka nie jest więc zbiorem dogmatów, lecz procesem nieustannej weryfikacji. Jeżeli przestaje zadawać pytania, przestaje być nauką.

Historia medycyny dostarcza niezliczonych przykładów potwierdzających tę prawidłowość. Przez stulecia lekarze byli przekonani, że upuszczanie krwi stanowi skuteczną metodę leczenia wielu chorób. Zabieg ten wykonywano z pełnym przekonaniem o jego naukowym uzasadnieniu, mimo że dziś wiadomo, iż w wielu przypadkach przynosił więcej szkody niż pożytku. Jeszcze w XIX wieku Ignaz Semmelweis spotkał się z ostrym sprzeciwem środowiska medycznego, gdy wykazał, że mycie rąk przed odbieraniem porodów znacząco zmniejsza śmiertelność kobiet. Odrzucano jego obserwacje, ponieważ nie pasowały do obowiązujących teorii. Dopiero wiele lat później uznano, że miał rację.

Podobnie było z odkryciem bakterii Helicobacter pylori. Jeszcze pod koniec XX wieku dominował pogląd, że choroba wrzodowa żołądka jest przede wszystkim następstwem stresu, niewłaściwej diety lub nadmiernego wydzielania kwasu solnego. Barry Marshall i Robin Warren wykazali jednak, że u wielu pacjentów przyczyną choroby jest zakażenie bakterią. Ich teoria początkowo spotkała się z niedowierzaniem. Dziś trudno wyobrazić sobie gastroenterologię bez tego odkrycia, a jego autorzy zostali uhonorowani Nagrodą Nobla.

Takich przykładów można wskazać znacznie więcej. Historia medycyny jest historią ciągłego korygowania własnych błędów. To właśnie dlatego nauka pozostaje wiarygodna – nie dlatego, że nigdy się nie myli, lecz dlatego, że potrafi przyznać się do pomyłki i zmienić swoje stanowisko pod wpływem nowych dowodów.

W tym kontekście szczególnego znaczenia nabiera propozycja poprawki zgłoszonej podczas prac Senatu. Jej autorzy zaproponowali, aby ustawowa definicja „aktualnej wiedzy medycznej” wyraźnie wskazywała, że jest ona dynamicznym zbiorem zweryfikowanej wiedzy naukowej oraz doświadczenia klinicznego, podlegającym nieustannej weryfikacji i rozwojowi. W proponowanym przepisie znalazło się również niezwykle istotne stwierdzenie, że aktualna wiedza medyczna „nie ma charakteru dogmatu i podlega zmianom wynikającym z postępu nauki oraz praktyki medycznej”.

Nie była to jedynie propozycja prawnej definicji. Było to przypomnienie jednej z podstawowych zasad metodologii nauki. Ustawodawca nie tworzy bowiem prawdy naukowej. Może jedynie odwoływać się do aktualnego stanu wiedzy, mając świadomość, że wiedza ta będzie ewoluować wraz z kolejnymi odkryciami.

Autorzy poprawki zwrócili również uwagę na jeszcze jeden aspekt, rzadziej obecny w debacie publicznej. Zaproponowali bowiem zapis, zgodnie z którym proces kształtowania aktualnej wiedzy medycznej powinien pozostawać wolny od nieuprawnionych wpływów politycznych, ideologicznych i ekonomicznych, zwłaszcza wynikających z konfliktów interesów podmiotów mogących odnieść korzyści z promowania lub ograniczania określonych metod diagnostycznych lub terapeutycznych. W projekcie zapisano również, że naukowy charakter wiedzy opiera się na zasadzie falsyfikowalności, otwartości na krytykę oraz możliwości niezależnego potwierdzania albo obalania wyników badań. Dodano także, iż żadna hipoteza, teoria, wytyczna ani rekomendacja medyczna nie powinna być uznawana za niepodważalną wyłącznie z uwagi na autorytet instytucji lub osoby, która ją ogłosiła.

Trudno nie zauważyć, że propozycje te nawiązują do uniwersalnych zasad nauki. Nie kwestionują one znaczenia badań klinicznych, nie podważają roli medycyny opartej na dowodach i nie zachęcają do stosowania metod niezweryfikowanych. Przeciwnie – przypominają, że prawdziwa medycyna opiera się na dowodach, ale jednocześnie pozostaje otwarta na ich nieustanne uzupełnianie i krytyczną ocenę. To właśnie w tym miejscu dochodzimy do pytania niezwykle ważnego dla środowisk zajmujących się fitoterapią, medycyną naturalną i medycyną integracyjną. Czy fakt, że określona metoda terapeutyczna nie została jeszcze uwzględniona w obowiązujących wytycznych, oznacza automatycznie, że jest ona nieskuteczna lub pozbawiona wartości? Historia medycyny uczy pokory. Wielokrotnie zdarzało się, że praktyka kliniczna wyprzedzała oficjalne rekomendacje, a obserwacje lekarzy stawały się impulsem do rozpoczęcia badań, które po latach prowadziły do zmiany obowiązujących standardów. Rozwój nauki nie polega na zamykaniu dyskusji, lecz na jej prowadzeniu zgodnie z rygorami metodologicznymi i z poszanowaniem dowodów. Dlatego tak ważne jest, aby ustawowe odwołanie do „aktualnej wiedzy medycznej” nie zostało przekształcone w instrument utrwalający jedynie obowiązujący stan wiedzy, lecz pozostało pojęciem odzwierciedlającym rzeczywistą naturę nauki – dynamiczną, krytyczną i stale otwartą na nowe odkrycia.

Pierwsza próba zdefiniowania pojęcia, którego od lat nie zdefiniowano

Na szczególną uwagę zasługuje jeszcze jeden aspekt prac legislacyjnych nad omawianą ustawą. Choć pojęcie „aktualnej wiedzy medycznej” od wielu lat występuje w polskim systemie prawnym i jest wielokrotnie przywoływane zarówno w ustawach regulujących wykonywanie zawodów medycznych, jak i w orzecznictwie sądowym, ustawodawca nigdy nie zdecydował się na jego prawne zdefiniowanie. W praktyce oznacza to, że jedno z najważniejszych pojęć prawa medycznego pozostaje pojęciem niedookreślonym, mimo że od jego interpretacji zależą prawa pacjentów, obowiązki lekarzy oraz odpowiedzialność podmiotów wykonujących działalność leczniczą.

Podczas posiedzenia Senatu 22 lipca 2026 roku po raz pierwszy podjęto próbę usunięcia tej legislacyjnej luki. Senator Krzysztof Bieńkowski przedstawił poprawki przygotowane przez autora niniejszego opracowania, których celem było wprowadzenie do ustawy prawnej definicji „aktualnej wiedzy medycznej” oraz podkreślenie obowiązku indywidualizacji procesu terapeutycznego.

Proponowana definicja nie zmieniała zasad prowadzenia badań naukowych ani standardów wykonywania zawodu lekarza. Nie podważała również zasad medycyny opartej na dowodach. Jej celem było jedynie doprecyzowanie pojęcia, od którego projekt ustawy uzależniał możliwość stosowania bardzo poważnych sankcji administracyjnych. Jak już wskazano powyżej, autorzy poprawki wskazali, że „aktualna wiedza medyczna” jest dynamicznym zbiorem zweryfikowanej wiedzy naukowej oraz doświadczenia klinicznego, podlegającym ciągłej weryfikacji i rozwojowi, a nie zamkniętym katalogiem twierdzeń mających charakter niepodważalnego dogmatu.

Mimo że była to – jak dotąd – pierwsza próba ustawowego zdefiniowania jednego z najważniejszych pojęć polskiego prawa medycznego, poprawki zostały przez Senat odrzucone. Zdecydowana większość senatorów reprezentujących Koalicję Obywatelską oraz ugrupowania lewicowe opowiedziała się za ustawą w obecnym kształcie, natomiast jedynie sześciu senatorów, wśród nich senator Krzysztof Bieńkowski, zagłosowało przeciwko. Ostatecznie Senat przyjął ustawę bez proponowanych definicji i bez przepisów wzmacniających zasadę indywidualizacji terapii.

Pozostawia to otwarte pytanie o przyczyny odrzucenia rozwiązania, które nie zmieniało standardów leczenia ani zasad prowadzenia badań naukowych, lecz miało zwiększyć pewność prawa poprzez doprecyzowanie pojęcia będącego jednym z fundamentów współczesnego prawa medycznego.

Dlaczego medycyna musi pozostać sztuką leczenia człowieka, a nie statystyki

Jednym z największych osiągnięć współczesnej medycyny było odejście od przekonania, że wszystkich pacjentów można leczyć w identyczny sposób. Jeszcze stosunkowo niedawno dominowało podejście oparte przede wszystkim na uśrednionych wynikach badań populacyjnych. Współczesna nauka coraz wyraźniej pokazuje jednak, że człowiek nie jest „średnią statystyczną”. Każdy organizm stanowi niepowtarzalną całość ukształtowaną przez genetykę, epigenetykę, środowisko życia, przebyte choroby, sposób odżywiania, mikrobiotę jelitową, wiek, płeć, aktywność fizyczną, stan psychiczny i dziesiątki innych czynników, których wzajemne oddziaływanie sprawia, że nie istnieją dwie identyczne odpowiedzi organizmu na tę samą terapię.

To właśnie dlatego coraz częściej mówi się o medycynie spersonalizowanej, określanej również mianem medycyny precyzyjnej. Jej rozwój nie jest odejściem od zasad medycyny opartej na dowodach naukowych, lecz ich naturalnym rozwinięciem. Wyniki badań klinicznych dostarczają niezwykle cennych informacji o skuteczności poszczególnych metod terapeutycznych w dużych populacjach. Lekarz nie leczy jednak populacji. Nie leczy średniej arytmetycznej ani wyników statystycznych. Każdego dnia spotyka konkretnego człowieka, którego organizm może reagować inaczej niż większość uczestników badania klinicznego.

Nie jest to pogląd kontrowersyjny. Jest to codzienna praktyka medycyny. Każdy lekarz wie, że pacjent może nie tolerować leku uznawanego za terapię pierwszego wyboru, może cierpieć na choroby współistniejące wymagające zmiany postępowania lub posiadać uwarunkowania genetyczne wpływające na metabolizm substancji leczniczych. Właśnie dlatego sztuka leczenia polega nie tylko na znajomości wytycznych, ale również na umiejętności ich właściwego zastosowania wobec konkretnego chorego.

Nieprzypadkowo od wieków mówi się, że medycyna jest jednocześnie nauką i sztuką. Nauka dostarcza lekarzowi wiedzy, a sztuka leczenia polega natomiast na mądrym wykorzystaniu tej wiedzy wobec człowieka, którego nie da się sprowadzić do tabeli, wykresu ani średniej statystycznej.

W tym kontekście szczególnego znaczenia nabiera druga z poprawek zgłoszonych podczas prac Senatu. Przewidywała ona dodanie do ustawy przepisu zobowiązującego lekarza do uwzględniania przy wyborze metody diagnostycznej lub terapeutycznej indywidualnych różnic biologicznych, fizjologicznych, genetycznych i psychofizycznych pacjenta oraz jego aktualnej sytuacji zdrowotnej, tak aby zastosowane postępowanie było dostosowane do konkretnej osoby, a nie wyłącznie do ogólnych zaleceń lub statystycznych wyników badań populacyjnych.

Na pierwszy rzut oka propozycja ta może wydawać się oczywista. W rzeczywistości dotyka jednego z najważniejszych kierunków rozwoju współczesnej medycyny. Personalizacja terapii staje się dziś jednym z podstawowych celów badań naukowych. Dynamiczny rozwój farmakogenomiki, biologii molekularnej, immunologii czy diagnostyki genetycznej prowadzi do coraz lepszego poznania mechanizmów odpowiedzialnych za indywidualną odpowiedź organizmu na leczenie. Coraz częściej odchodzi się od modelu „jedna choroba – jeden lek dla wszystkich” na rzecz terapii dostosowanej do cech konkretnego pacjenta.

Z tego punktu widzenia odrzucenie proponowanego przepisu może budzić zdziwienie. Nie tworzył on nowej filozofii leczenia. Przeciwnie – stanowił próbę ustawowego potwierdzenia kierunku, w którym światowa medycyna rozwija się od wielu lat. Nie osłabiał znaczenia badań naukowych ani wytycznych towarzystw medycznych. Przypominał jedynie, że żadne rekomendacje nie zastąpią odpowiedzialnej decyzji lekarza podejmowanej wobec konkretnego człowieka.

Ma to szczególne znaczenie również dla medycyny integracyjnej oraz terapii wykorzystujących naturalne metody wspomagania zdrowia. Coraz więcej badań wskazuje, że skuteczność wielu interwencji zależy od indywidualnych uwarunkowań pacjenta. Dotyczy to zarówno żywienia, suplementacji, fitoterapii, aktywności fizycznej, jak i oddziaływań psychologicznych. To, co przynosi wyraźną poprawę u jednej osoby, u innej może okazać się nieskuteczne, a niekiedy nawet niewskazane. Nie świadczy to o wadliwości samej metody, lecz o złożoności ludzkiego organizmu.

Jednocześnie warto podkreślić z całą mocą, że indywidualizacja terapii nie oznacza dowolności. Nie jest przyzwoleniem na stosowanie metod pozbawionych racjonalnych podstaw ani usprawiedliwieniem dla działań sprzecznych z wiedzą naukową. Przeciwnie, wymaga od lekarza jeszcze większej odpowiedzialności. Oznacza konieczność połączenia najlepszych dostępnych dowodów naukowych z doświadczeniem klinicznym, znajomością potrzeb i wartości pacjenta oraz uwzględnieniem jego indywidualnej sytuacji zdrowotnej. Właśnie na takim fundamencie od lat opiera się koncepcja medycyny opartej na dowodach (Evidence-Based Medicine), której istotą jest harmonijne połączenie trzech elementów: wyników rzetelnych badań naukowych, doświadczenia klinicznego lekarza oraz preferencji i świadomych wyborów pacjenta. Sprowadzanie EBM wyłącznie do bezrefleksyjnego stosowania wytycznych byłoby zubożeniem jej pierwotnego znaczenia.

Być może właśnie tutaj znajduje się najważniejsza lekcja płynąca z całej dyskusji wokół nowelizacji omawianej ustawy. Medycyna nie jest systemem administracyjnym. Nie jest zbiorem algorytmów wykonywanych przez urzędników ani komputerowych procedur stosowanych automatycznie wobec każdego chorego. Jest spotkaniem dwóch osób – pacjenta i lekarza. Jeden przynosi swoją chorobę, lęk i nadzieję, a drugi wnosi wiedzę, doświadczenie, odpowiedzialność i etykę zawodową. Rolą prawa powinno być stworzenie warunków, aby ta relacja mogła rozwijać się w atmosferze zaufania, wolności i odpowiedzialności, a nie zastępowanie jej sztywnymi definicjami lub obawą przed sankcjami administracyjnymi.

Nie ma dwóch identycznych ludzi. Nie ma dwóch identycznych historii choroby. Nie ma dwóch identycznych organizmów. Dlatego nie może istnieć jedna odpowiedź terapeutyczna właściwa dla wszystkich. Prawdziwa medycyna zaczyna się tam, gdzie nauka spotyka konkretnego człowieka. I właśnie dlatego indywidualizacja terapii nie jest wyjątkiem od zasad współczesnej medycyny – jest jedną z jej najważniejszych zasad.

Medycyna potrzebuje wolności, a pacjent – prawa wyboru

Od początku dziejów człowiek poszukiwał skutecznych sposobów leczenia. Najpierw obserwował naturę, uczył się właściwości roślin, minerałów i substancji pochodzenia naturalnego, przekazując zdobyte doświadczenia kolejnym pokoleniom. Z biegiem czasu wiedza empiryczna zaczęła być konfrontowana z rozwijającą się nauką, a wiele metod wywodzących się z medycyny tradycyjnej stało się przedmiotem badań laboratoryjnych i klinicznych. Część z nich została odrzucona jako nieskuteczna lub niebezpieczna, inne, po potwierdzeniu ich bezpieczeństwa i skuteczności, znalazły trwałe miejsce we współczesnej medycynie akademickiej. Historia farmakologii zna wiele przykładów leków, których źródłem były substancje występujące w przyrodzie, wykorzystywane wcześniej przez medycynę ludową lub tradycyjną.

To pokazuje, że rozwój medycyny nigdy nie polegał na bezkrytycznym odrzucaniu wszystkiego, co tradycyjne, ani na bezwarunkowym akceptowaniu wszystkiego, co nowe. Istotą postępu było zawsze rzetelne badanie, uczciwa weryfikacja i gotowość do zmiany poglądów w świetle nowych dowodów. Tak rozumiana nauka pozostaje otwarta, pokorna i świadoma własnych ograniczeń. Nie zamyka dyskusji, lecz tworzy warunki do jej prowadzenia.

Dlatego również współcześnie żadna metoda terapeutyczna nie powinna być oceniana wyłącznie przez pryzmat swojego pochodzenia. O jej wartości powinny decydować jakość dowodów naukowych, doświadczenie kliniczne, bezpieczeństwo stosowania oraz dobro konkretnego pacjenta. Tak samo nie należy uznawać określonej terapii za skuteczną wyłącznie dlatego, że jest stosowana od stuleci, jak i nie należy jej odrzucać tylko dlatego, że wywodzi się z medycyny naturalnej lub nie została jeszcze ujęta we wszystkich obowiązujących rekomendacjach. Historia nauki wielokrotnie pokazała, że nowe odkrycia rodziły się właśnie na styku obserwacji klinicznej, odwagi badawczej i gotowości do weryfikowania dotychczasowych przekonań. Nie oznacza to oczywiście przyzwolenia na stosowanie metod niesprawdzonych lub niebezpiecznych.

Państwo ma obowiązek chronić obywateli przed oszustwem, świadomym wprowadzaniem pacjentów w błąd oraz praktykami zagrażającymi zdrowiu i życiu. Takie działania powinny być z przestrzeni publicznej skutecznie eliminowane. Jednocześnie jednak państwo powinno z równą starannością chronić prawa pacjenta, wolność badań naukowych, niezależność lekarza oraz możliwość prowadzenia odpowiedzialnych badań nad nowymi metodami diagnostycznymi i terapeutycznymi, także tymi wywodzącymi się z medycyny naturalnej i integracyjnej. Po zakończeniu prac parlamentarnych odpowiedzialność za dalsze losy ustawy spoczęła na Prezydencie Rzeczypospolitej Polskiej Karolu Nawrockim. To właśnie głowa państwa dysponuje dziś konstytucyjnym instrumentem pozwalającym skierować ustawę do ponownego rozpatrzenia przez parlament. W ocenie wielu lekarzy, naukowców, prawników oraz przedstawicieli środowisk medycyny naturalnej i integracyjnej prezydenckie weto stwarza szansę na spokojne dopracowanie przepisów w taki sposób, aby skutecznie chroniły pacjentów przed oszustwem, nie naruszając jednocześnie konstytucyjnych praw i wolności obywatelskich.

Nie jest przypadkiem, że do Kancelarii Prezydenta kierowanych jest coraz więcej listów otwartych, petycji i apeli przygotowywanych przez lekarzy, przedstawicieli środowisk naukowych, naturopatów, fitoterapeutów, organizacje społeczne, ruchy obywatelskie oraz osoby, którym bliska jest idea wolności wyboru w ochronie zdrowia. Łączy je wspólne przekonanie, że walka z praktykami rzeczywiście zagrażającymi pacjentom jest konieczna, ale nie może prowadzić do ograniczenia autonomii chorego, swobody prowadzenia badań naukowych ani prawa lekarza do indywidualizacji terapii.

Historia uczy, że dobre prawo nie powstaje w atmosferze pośpiechu ani pod wpływem emocji. Powstaje wtedy, gdy ustawodawca potrafi wysłuchać argumentów różnych środowisk, dostrzec złożoność problemu i stworzyć rozwiązania służące całemu społeczeństwu. Być może właśnie dlatego prezydenckie weto nie powinno być postrzegane jako przeszkoda w walce z pseudomedycyną, lecz jako szansa na przygotowanie ustawy lepszej – precyzyjniejszej, bardziej sprawiedliwej i lepiej odpowiadającej zarówno współczesnej wiedzy medycznej, jak i standardom demokratycznego państwa prawa.

red. Marek Skowroński

------------

red. Marek Skowroński - Ukończył psychologię, studiował również prawo, wieloletni wykładowca i biegły sądowy. Aktualnie jest redaktorem naczelnym telewizji internetowej wRealu24. Jest również redaktorem naczelnym serwisu internetowego www.wiedzainauka.pl (www.naukabezcenzury.pl).