"Lex Szarlatan" – Między prawem a ograniczeniami

"Lex Szarlatan" – Między prawem a ograniczeniami

Na pewno wielu czytelników zauważyło toczącą się w mediach dyskusję na temat uchwalonej 3 lipca przez Sejm RP ustawy o Rzeczniku Praw Pacjenta, zwanej lex szarlatan. Urząd ten już istnieje, ale próbuje się mu nadać nowe, bardzo duże możliwości, które mogą sparaliżować krajowe zielarstwo i medycynę alternatywną, zarówno w zakresie praktyki, jak i przekazywania wiedzy.

Do miesięcznika „Zdrowie bez leków” artykuły pisze wiele osób, które zabrały aktywny głos przeciw tej szkodliwej ustawie. Rozumieją one konieczność ochrony pacjentów przed nadużyciami lub wręcz próbą ich oszukiwania. Jednak ustawa ma znamiona prawa szybko szytego pod próbę przejęcia kontroli nad wszystkim, co dzieje się w Polsce wokół zdrowia i delegalizacji większości praktyk prozdrowotnych poza oficjalną medycyną.

Ustawę uchwalił sejm i senat i teraz ustosunkuje się do niej Prezydent. Po uchwaleniu ustawy, wraz z dr. Henrykiem Różańskim i dr. Krzysztofem Błechą, napisaliśmy protest, pod którym podpisują się kolejni polscy naukowcy. W tym momencie zebraliśmy już prawie 100 podpisów osób z 25 ośrodków naukowych.

Podstawą naszego stanowiska jest szereg wad, które ustawa zawiera. Poniżej przedstawiamy te najważniejsze. Zacytuję ich brzmienie z oryginału naszego protestu.

  1. Brak jasnej definicji kluczowego pojęcia „aktualnej wiedzy medycznej”, na którym opiera się cała konstrukcja sankcyjna ustawy. Sam ustawodawca w Raporcie z Konsultacji publicznych sześciokrotnie oświadczył, że pojęcia tego nie definiuje w żadnym akcie prawnym i nie zamierza tego czynić. Zwracamy uwagę, że wg powszechnie cytowanego opracowania Densen P. (Challenges and Opportunities Facing Medical Education, „Transactions of the American Clinical and Climatological Association”, 2011, vol. 122) czas podwojenia wiedzy medycznej w 2010 r. wynosił 3,5 roku, zaś prognoza na rok 2026 to zaledwie 73 dni. Oznacza to, że pojęcie „aktualności” wiedzy medycznej jest z natury rzeczy zmienne w czasie, wielogłosowe i wymaga precyzyjnej definicji ustawowej, bez której narusza się konstytucyjną zasadę określoności prawa (lex certa, art. 2 Konstytucji RP).
  2. Ograniczenie konstytucyjnej zasady wolności słowa, w tym swobody debaty nad nowymi lub niekonwencjonalnymi metodami leczenia – zarówno w środowisku lekarskim, jak i w społeczeństwie jako całości. Ustawa przewiduje między innymi możliwość odcięcia dostępu do stron internetowych zawierających – w ocenie Rzecznika Praw Pacjenta – treści zakwalifikowane jako „dezinformacja medyczna”. Projekt przewiduje nakładanie wysokich sankcji finansowych za określone formy informowania o metodach postępowania w sprawach zdrowia. W połączeniu z nieostrymi definicjami może to prowadzić do: ograniczenia debaty publicznej, efektu mrożącego (chilling effect), niepewności prawnej co do granic dopuszczalnej wypowiedzi.
  3. Brak jasnych interpretacji co do legalności praktykowania metod medycyny tradycyjnej i komplementarnej, między innymi medycyny chińskiej oraz indyjskiej ajurwedy, mimo iż są to systemy leczenia funkcjonujące w wielu europejskich systemach ochrony zdrowia oraz uznane przez Światową Organizację Zdrowia w dokumencie Global Traditional Medicine Strategy 2025–2034.
  4. Nadmierna rola Rzecznika Praw Pacjenta jako organu jednocześnie oskarżającego, orzekającego i egzekwującego. Ustawa nie przewiduje obowiązkowego udziału gremiów doradczych o kompetencjach naukowych, nie zapewnia automatycznej możliwości odwołania na drodze sądowej, a nadto wprowadza rygor natychmiastowej wykonalności decyzji. Podobne zastrzeżenia sformułowano publicznie także w trakcie prac Komisji Zdrowia Sejmu – poseł Janusz Cieszyński (PiS) wskazał, że projekt czyni Rzecznika Praw Pacjenta „jednocześnie prokuratorem i sędzią”.
  5. Brak proporcjonalności sankcji względem uzyskanego przychodu. Kary w wysokości do 1 000 000 zł mogą być nakładane bez odniesienia do skali działalności podmiotu, jego rzeczywistych obrotów czy stopnia zawinienia, co narusza konstytucyjną zasadę proporcjonalności (art. 31 ust. 3 Konstytucji RP).

      W naszym proteście zwróciliśmy także uwagę na kontekst międzynarodowy. W wielu krajach świata metody lecznicze tradycyjnych systemów medycyny oferowane są nawet przez szpitale medycyny zachodniej lub funkcjonują w odrębnych oficjalnych placówkach oferujących takie usługi. Ma to miejsce m.in. w Wielkiej Brytanii, Szwajcarii, Chinach, Indiach, Tajlandii, Korei Południowej i Japonii.

      Na dodatek obywatele Konfederacji Szwajcarskiej w referendum ogólnokrajowym z 17 maja 2009 r. opowiedzieli się za włączeniem medycyny komplementarnej do systemu ochrony zdrowia, a prawo do wolności wyboru metod leczenia zostało wpisane do Konstytucji Federalnej Szwajcarii (art. 118a). W kraju tym działalność w pełni certyfikowanych specjalistów medycyny komplementarnej, np. homeopatów czy lekarzy medycyny chińskiej, jest refundowana z pieniędzy publicznych.

      Więcej danych o włączaniu medycyny komplementarnej i tradycyjnej do systemów opieki zdrowotnej różnych krajów zawiera dokument Światowej Organizacji Zdrowia Global Traditional Medicine Strategy 2025–2034, uchwalony przez Zgromadzenie Ogólne WHO.

      Tworzenie takiego „bicza” na medycynę alternatywną wydaje się niepotrzebne, bo wiele nadużyć, które ustawa ma rzekomo zwalczać, może być skutecznie sankcjonowanych w ramach istniejącego już porządku prawnego – na podstawie przepisów Kodeksu karnego (art. 155, 160, 286), ustawy o zawodach lekarza i lekarza dentysty (art. 58). Po przedstawieniu powyższych informacji jasne jest, że ta ustawa jest szkodliwa i powinna być odrzucona. Zaproponowane prawo wydaje się przypominać to, co czytamy w książce George’a Orwella Rok 1984, a funkcja Rzecznika Praw Pacjenta przypomina orwellowskie Ministerstwa Prawdy.

      Jak pewnie większość czytelników tego czasopisma uważam, że różne działy medycyny alternatywnej, komplementarnej czy tradycyjnej niezwykle zwiększają arsenał środków do walki o zdrowie. Twórcy ustawy nie nakreślają wyraźnych granic, gdzie kończy się wpływ tego prawa, a zaczyna się dietetyka, religia, psychologia czy fizjoterapia. Ludzie związani z takimi działalnościami mają więc powody obawiać się o ich przyszłość. Wyreżyserowano też skrótową nazwę „lex szarlatan”, a w narracji używa się słowa „pseudomedycyna”, żeby zdyskredytować wszystkie osoby dbające o zdrowie w różnorodny sposób. Na szczęście te działania dodatkowo skonsolidowały całe środowisko medycyny naturalnej. Jednak w wypadku jej uchwalenia mogą dla nas nadejść ciężkie czasy. Warto więc archiwizować wcześniejsze numery czasopisma „Zdrowie bez leków”. A mogłoby być zupełnie odwrotnie. Państwo mogłoby finansować rozwój takich dziedzin jak medycyna chińska, ajurweda, czy prowadzić badania nad prozdrowotnymi właściwościami grzybów. Zamiast tego woli prześladować ludzi, którzy chcą zdrowo żyć i pomagać innym w powrocie do zdrowia.

      prof. dr hab. Łukasz Łuczaj