Czasem lekarz myli się tylko raz

Czasem lekarz myli się tylko raz

Ofiary błędów medycznych

Błędy medyczne są na świecie różnie traktowane. Niektóre państwa przyjmują do wiadomości ich występowanie i próbują na różne sposoby zabezpieczać i pacjentów oraz lekarzy. Inne kraje wprowadziły regulacje pozwalające na skuteczne dochodzenie do prawdy i rekompensaty przed sądami. W Polsce kultywuje się inną drogę: zamiatanie pod dywan.

Nie wiadomo na dobrą sprawę, o jakiej skali mówimy. W Stanach Zjednoczonych szacuje się, że błędy medyczne są trzecią w kolejności – po chorobach serca i nowotworach – przyczyną zgonów. Według Stowarzyszenia Pacjentów primum non nocere w Polsce każdego roku błędy medyczne dotykają nawet trzydziestu tysięcy osób. Oczywiście są to różnego formatu błędy – od relatywnie niegroźnych, choć uciążliwych błędów dotyczących wydawanych orzeczeń i opinii, do poważnych, skutkujących śmiercią pacjenta błędów diagnostycznych polegających na nieprawidłowym leczeniu.

Droga prawna

W Polsce poszkodowany może dochodzić odszkodowania na drodze cywilnej przed sądem lub administracyjnie przed wojewódzkimi komisjami do spraw orzekania o zdarzeniach medycznych. Najważniejszą, ale i najtrudniejszą sprawą jest udowodnienie, że doszło do zdarzenia medycznego. Należy przy tym pamiętać o terminie przedawnienia, który upływa po trzech latach od dnia, w którym poszkodowany dowiedział się o szkodzie. Co ważne, w procesie cywilnym wystarcza uprawdopodobnienie związku przyczynowego.

Wojewódzkie komisje, działające od 2011 roku, miały przyspieszyć i uprościć procedurę uzyskiwania odszkodowania. Wprowadzały też limity odszkodowań, do stu tysięcy złotych (za uszkodzenie ciała czy zarażenie) do trzystu tysięcy złotych za śmierć pacjenta. Teoria jedno, a życie drugie. Najwyższa Izba Kontroli sprawdziła, jak działa system. Wnioski nie nastrajają optymistycznie: „System pozasądowego orzekania o zdarzeniach medycznych przez wojewódzkie komisje nie zapewnia pacjentowi skutecznego dochodzenia rekompensat za szkody powstałe podczas leczenia. Prace komisji często przedłużają się – nawet do dwóch lat – a jej końcowe efekty, jedynie w postaci wydania orzeczenia o zaistnieniu zdarzenia medycznego, nie satysfakcjonują poszkodowanych. System, który nie stworzył możliwości szybkiego uzyskania odszkodowań, nie stał się alternatywą dla sądownictwa powszechnego. Liczba rozpatrywanych tam spraw, w wyniku powstania wojewódzkich komisji, miała się zmniejszyć, a tymczasem znacząco wzrosła” – czytamy w raporcie NIK.

O co się sądzimy?

Najczęściej błędy medyczne kończące się przed sądem mają miejsce w szpitalach, na oddziałach chirurgii, ortopedii, ginekologii i położnictwa. Według danych opublikowanych przez radcę prawnego Radosława Tymińskiego i Marcelinę Serocką średnie odszkodowanie przy wygranych przez poszkodowanych sprawach wynosiło w 2017 roku ponad 41 tys., a zadośćuczynienie ponad 114 tys. W aż 82 proc. sądy odmawiały przyznania renty, a kiedy już się na to decydowały, to wynosiła ona zaledwie 524 złotych.

Tego typu dane wymagają ręcznego wyszukiwania w systemie orzeczeń sądowych. Niestety, podobnie jak nie działa w naszym kraju system rejestracji niepożądanych odczynów poszczepiennych, tak samo nie działa – bo w ogóle nie istnieje! – system zgłaszania zdarzeń niepożądanych.

Jak twierdzi Grzegorz Wrona, Naczelny Rzecznik Odpowiedzialności Zawodowej, skala jest niewielka. „170 tysięcy lekarzy z całej Polski wykonuje miliony świadczeń, a do rzeczników odpowiedzialności zawodowej co roku trafia około trzech tysięcy spraw. W dwustu przypadkach stwierdzamy winę lekarzy, kilkudziesięciu z nich ograniczamy lub zawieszamy prawo wykonywania zawodu”. – mówił niedawno w mediach. Co ciekawe, te dane nie pokrywają się z tym, co widać w prokuraturach. W samym 2018 roku spraw związanych z błędami medycznymi trafiło tam blisko sześć tysięcy, czyli dwa razy więcej. Zdaniem doktora Jerzego Gryglewicza, eksperta do spraw ochrony zdrowia, zgodnie z danymi Unii Europejskiej około 8–12 proc. pacjentów doświadcza niepożądanych zdarzeń medycznych, jak eufemistycznie nazywane są po prostu krzywdy spowodowane błędami medycznymi.

Kilkanaście lat czekania

W praktyce sytuacja wygląda dla pacjenta jak niekończąca się wędrówka po sądowych labiryntach. Kilka tygodni temu zakończyła się batalia sądowa trwająca 15 lat. Wskutek błędów przy porodzie chłopiec przyszedł na świat z porażeniem mózgowym czterokończynowym. Jeździ na wózku. Teraz wreszcie skończyła się sprawa w sądzie. Szpital w Busku Zdroju musi zapłacić jego mamie dwa miliony złotych odszkodowania, odsetki i dożywotnią rentę w wysokości 13 tys. złotych miesięcznie. Zdrowia to chłopcu nie zwróci, ale sprawi, że jego i jego rodziny życie stanie się choć trochę znośniejsze.

Tymczasem niedawna debata zorganizowana przez pismo „Świat Lekarza” zakończyła się wnioskiem, żeby… nie karać lekarzy za błędy medyczne. Profesor Aleksander Sieroń zwrócił uwagę, że stoją za nimi błędy systemu (zbyt mała liczba lekarzy), błędy człowieka (wynikające np. z przepracowania i stresu) oraz błędy wynikające z niedoboru informacji, na przykład na temat najnowszych metod leczenia. I za krzywdy pacjentowi owszem należy się odszkodowanie i zadośćuczynienie, ale nie od lekarza. Argumentem było to, że domaganie się od lekarzy ponoszenia konsekwencji za własne błędy może sprawić, że będą oni odchodzić z zawodu, unikać ryzykownych procedur i zamawiać niepotrzebne badania. Naprawdę. Nikt nie powiedział głośno, że istnieją ubezpieczalnie, które obsługują lekarzy. Przynajmniej do czasu, aż konkretny lekarz nie popełni tych błędów zbyt wiele.

Z roku na rok rośnie liczba postępowań karnych w sprawach o błąd medyczny, co wynika z odpowiedzi na moją interpelację nr 33992 z 2019 r. Dla przykładu liczba postępowań wszczętych z art. 155 k.k. (błąd medyczny ze skutkiem śmiertelnym) w 2017 r. przez prokuratury wynosi w Polsce 11 006 postępowań z czego w 133 postępowaniach stwierdzono przestępstwo. Statystyka prawomocnych orzeczeń sądu w tych sprawach praktycznie nie istnieje lub prowadzona jest mało rzetelnie, a orzeczenia sądu zawierają niewspółmiernie niski wymiar kary w stosunku do winy lekarza. Dla przykładu wyrok Sądu Rejonowego w Grudziądzu II Wydział Karny: sąd za spowodowanie śmierci dziecka przez lekarza ginekologa, orzeka grzywnę w wysokości 80 stawek dziennych, ustalając stawkę dzienną w wysokości 30 zł, co daje kwotę grzywny w wysokości 2400 zł – przy średnich zarobkach miesięcznych lekarza ginekologa w granicach 30 000 zł Kwoty orzekanych kar nie stanowią zadośćuczynienia za doznaną tragedię i są niewspółmiernie niskie do dochodów osiąganych przez lekarza.

Co dalej?

Oczywiście najlepiej jest tak dbać o zdrowie, żeby nie musieć korzystać z opieki medycznej. Czy jest to możliwe w czasach, gdy trują nas nawet powietrze i pożywienie? Kiedy spędzamy więcej czasu za kierownicą i przy komputerze niż na świeżym powietrzu? Z całą pewnością błędów medycznych nie da się uniknąć. Nie w sytuacji, kiedy średni wiek lekarza specjalisty to ponad 55 lat, a zdarzają się wciąż praktykujący lekarze w wieku lat 80. Dzisiaj, w trzecim dziesięcioleciu XXI wieku, szpitale są coraz bardziej naszpikowane technologią wręcz kosmiczną – mowa o sprzęcie, którego obsługa wymaga wiedzy już nie czysto medycznej, ale bardziej informatycznej. Lekarze, zwłaszcza starszej daty, nie zawsze mają możliwość bycia na bieżąco z aktualną, światową wiedzą medyczną, a dostają do ręki wyniki badań, których nie potrafią zrozumieć.

Tylko dlaczego pacjent ma płacić swoim zdrowiem i życiem za błędy systemu, techniki albo samego lekarza?

Paweł Skutecki