Wywiad z Krzysztofem Szymanowskim

Wywiad z Krzysztofem Szymanowskim

Krzysztof Szymanowski jest designerem i twórcą GRUPY DYNAMIC oraz prezesem zarządu firmy-matki – DYNAMIC sp. z o.o. Dzięki jego wizji grupa działa nieprzerwanie od 1990 roku pod wspólnym szyldem Dynamic® i składa się z kilku spółek, czyli między innymi: DYNAMIC TECHNOLOGY (pionier nanotechnologii oraz producent chemii Nanomax), DYNAMIC SYSTEM (eksporter produktów Nanomax) i DYNAMIC (centrala marketingu grupy). Prywatnie Krzysztof mieszka w Bielsku-Białej, ale planuje osiąść na malowniczej, jurajskiej wsi Rodaki, skąd pochodził jego ojciec. Od dziecka pasjonuje się projektowaniem, reklamą oraz karate kyokushin. Jednym z marzeń, jakie obecnie realizuje lub – jak woli to nazywać – „planem na owoc życia” jest zamiana swej posiadłości w winnicę i studio projektowania komputerowego. Swą działalnością udowodnił, że można „niemożliwe uczynić możliwym” – dlatego trzymamy kciuki zarówno za jego Nanomaksa, jak i swojskie wino z Rodak, bo – zasadniczo – oba te projekty leżą blisko natury… Wiadomo, polskie wino dumnie wraca do łask koneserów, a choć Nanomax dotyka kosmicznych nanotechnologii – to i tak w swej istocie zawiera nasze rodzime i naturalne srebro!

O sukcesie Krzysztofa i jego produktów opowiedział nam Grzegorz Śleziak (znany jako Biały Sai Baba), ponieważ (jak się okazało) obaj wizjonerzy doskonale się znają, a ich przyjaźń rozpoczęła się podczas pracy na rusztowaniach w Norwegii. Dawno temu w 1989 roku udali się tam razem, aby zarobić swoje pierwsze „poważne” pieniądze. Przed Wami elektryzująca opowieść dwóch przyjaciół – forma wywiadu poprowadzonego przez Grzesia. To zarazem wspaniała, a miejscami mrożąca krew w żyłach, prawdziwa historia, bardzo prawdziwych ludzi… 

G.Ś.: Krzyś! Gdzieś Ty się podziewał po Norwegii?

K.SZ.: Po skończeniu Technikum Elektronicznego poszedłem na AWF w Katowicach, aby nie zostać molem książkowym i by po prostu ruszać się, kontynuując przygodę z karate kyokushin. Wówczas jeszcze nie wiedziałem, że właśnie ta dyscyplina stanie się główną podporą w trudnych chwilach, które, jak wiesz, trafiają się każdemu z nas i bardzo wielu pada po pierwszych ciosach od życia… Ale przerwałem moje ulubione studia, aby otworzyć pierwszy w Sosnowcu sklep komputerowy, potem była hurtownia komputerów, a później długie lata zajmowałem się reklamą dla dużych i bardzo dużych firm – wiesz przecież, jak kochałem rysować (śmiech). „Narysowałem” więc parę udanych kampanii promocyjnych dla Żywca, Nemiroffa, Cin-Cin, Cisowianki, a nawet spółdzielczych kas oszczędnościowo kredytowych, znanych jako SKOK. Trochę tego było i uzbierała się całkiem niezła suma oszczędności na koncie. Sukces był codziennie wkoło mnie, ale pewnego dnia w 2009 roku stwierdziłem, że nie chcę już „robić na majtki dla dużych koncernów, bo one rosną – a ja nadal jestem małym chłopcem do wszystkiego, więc powiedziałem: dosyć, stworzę coś swojego”. No i wydałem całą tę kasę na badania nanotechnologii, które chciałem sprzedawać i objechałem z ofertą pół dostępnego mi świata. Gdyby zacząć alfabetycznie od firmy „na A”, to bym powiedział Apple, bo spotkałem się w Londynie z jej prezesem – Jonathanem Ive (który nic ode mnie nie kupił), poprzez firmę „na I” jak IBM, gdzie poznałem uroczą panią prezes, Marię Azuę, która pokochała polskie pierogi i moje połączenie propolisu z nanosrebrem. (Ale także nic nie kupiła, bo, jak się okazało, kończyła przygodę w IBM i przechodziła właśnie do BARCLAY’S). Na koniec firma „na Z” – jak ZOTT, którą zarządza Polak, mój znajomy (ale powiedział mi, że to „mała rodzinna firma i gdzie jej tam do nanotechnologii w kubkach na jogurt”). Tak więc, Grzesiu, nie każ mi opowiadać, jak w ciągu trzech lat pozbyłem się wszystkiego do zera, popadając w długi, gdy mój bankomat najczęściej mówił: mi „Krzysiu-misiu, jak się nie ma miedzi, to się w domu siedzi”…

G.Ś.: No to faktycznie, grubo poszedłeś, przyjacielu – przykro mi. To wróćmy może do Norwegii – bo faktycznie często mówiłeś mi tam o drodze karate, uczciwej grze fair play i muzyce U2. Nigdy nie zapomnę czasu, gdy wieczorami po pracy tłumaczyłeś mi, jakie to ważne w Twoim życiu. Mówiąc szczerze, sam polubiłem Bono i jego kapelę. Nim się zorientowałem, o co w tym wszystkim chodzi, leżałem na trawie z przeciętym ścięgnem nadgarstka, zalany krwią po upadku z drabiny – prosto na ostrze noża do zdzierania farby. Myślałem, że umarłem, ale Ty mnie uratowałeś…

K.SZ.: Nawet nie masz pojęcia, jak się wtedy bałem i omal nie zemdlałem, gdy zobaczyłem, co się stało. W końcu byliśmy na obczyźnie, malowaliśmy czyjś domek na nieznanej nam wyspie koło Oslo, bez żadnego zezwolenia na pracę, bez ubezpieczenia na zdrowie i bez grosza w kieszeni. Do dzisiaj widzę, jak nasz „mądry” szef – Norweg – zamiast tamować Ci krew, szukał koca, abyś mu łódki nie pochlapał na czerwono, bo łódź była prawie nowa! Pomyślałem wtedy sobie: „kur… to już koniec, pewnie się wykrwawisz na śmierć, a mnie zamkną do paki” – ale w jednej sekundzie z pomocą przyszło mi właśnie karate. W mgnieniu oka przypomniałem sobie, co mawiał podczas walk mój mistrz (Eugeniusz Dadzibug): „Nigdy się nie poddawaj, a jeśli padniesz, to wstań i walcz do końca” – no więc zawalczyliśmy Grzesiu razem o Twoje życie i, jak widać, chyba to się udało! Nawiasem mówiąc „Fair Play Only” to nasz główny slogan, który – póki co – nigdy nie zawiódł w gospodarczym życiu. Warto grać fair, nawet poświęcając czasem pieniądze… 

G.Ś.: Tak, bracie, Ty zawsze grałeś fair – i chyba dlatego nadal żyję (śmiech). Nigdy nie zapomnę tego, że prawie do końca naszej trzymiesięcznej przygody nie pracowałem, ale zarabiałem równo z Wami. To, co dostawaliście we dwóch z Józkiem za pracę, zawsze dzieliłeś na trzy części. W sumie to na początku bardzo mnie to zdziwiło, ale po kilku dniach nabrałem prawdziwego szacunku do Ciebie i siebie, bo przecież byłem częścią zespołu, a zespół gra zawsze razem!  

K.SZ.: Tak, byliśmy świetnym zespołem i można powiedzieć, że nie mogłem zachować się inaczej jako „kierownik wycieczki” – bo tego nauczył mnie mój śp. Tata, Julian. Czasem mawiał on tak: „Synu, jak będziemy bogaci, to podarujemy sobie wszystko, czego chcemy, ale jeśli przyjdzie bieda – podzielimy się równo ostatnim okruszkiem”. No to dzieliłem po równo całą kasę, którą brałem od szefów, mimo że Józek (jak pamiętam) chciał mnie chyba za to zabić (śmiech). W każdym razie prawie przez miesiąc spał z góralskim nożem przy boku, myśląc, że odbiorę mu kolejny zarobek na Twoje leczenie… Leczenie, które kosztowało wtedy kosmiczną dla nas kwotę 2000 dolarów. Myślę sobie, że wtedy uratował nas mój język angielski, którym dobrze władałem i mogłem ustalać warunki zapłaty z Norwegami, odbierałem od nich pieniądze i dzieliłem je pomiędzy nas co tydzień. Uwierz mi, Grzesiu, że na Józka nie wystarczyłoby moje karate, bo było to przecież prawie dwumetrowe „chłopisko spod samiuśkich Tater”. No i znowu się bałem, ale musiałem być twardy i pewny tego, co robię. Po prostu musiałem wierzyć, że Józka też potrafię przekonać do słuszności przyjętych zasad i mam nadzieję, że on to zrozumiał. 

G.Ś.: Oj tak! Widziałem się z Józkiem kilka miesięcy temu – on do dzisiaj Cię wspomina, kocha i szanuje, bo nie mogło być inaczej. Musimy go w końcu odwiedzić razem w Jordanowie. A pamiętasz, jak na wietrze Józek nie składał drabiny sięgającej czwartego piętra – brał ją rozłożoną i niósł na kolejny budynek? Pamiętasz, jak wszyscy budowlańcy norweskiego VEIDEKKE (koncern, dla którego pracowaliśmy) rzucali robotę, klaskali i skandowali „Joseff – Polska, Joseff bravo, Polska bravo!”? 

K.SZ.: Pewnie, że pamiętam – to były jedne z piękniejszych chwil, jakie przeżyłem. Byłem dumny z Was i siebie samego, bo udowodniłem rodakom z Bogstadt i Ekeberg (popularne wśród Polaków kampingi w Oslo), że zdołam załatwić w urzędzie zezwolenie na pracę i tak właśnie się stało. Potem byliśmy królami emigracji i symbolem polskiej siły w Oslo. Dzięki legalnemu zatrudnieniu zarabialiśmy dwa, trzy razy więcej od innych Polaków i wszyscy oni chcieli być naszymi kumplami albo przynajmniej chwalić się, że nas znają. Osobiście lubiłem jeździć wieczorami po drodze z pracy do centrum Oslo, gdzie pracował w piekarni nasz nowy kolega Darek z Gdańska. Nauczył mnie wtedy perfekcyjnie skręcać „szlugi” z tytoniu tak, że później w ciągu nastu sekund dawałem radę skręcić fajkę podczas czerwonego światła na skrzyżowaniu. Pamiętam też, że dawał nam słodkie bułeczki „z odrzutu” za darmo, a my opowiadaliśmy mu o pracy w prawdziwym koncernie i za prawdziwy szmal. Tyle, że prawie nie korzystaliśmy z zarabianych pieniędzy, bo trzeba było zaoszczędzić na Twoje leczenie i oczywiście wrócić bogatym do Polski. Po raz kolejny się „udało”, bo gdy przed powrotem zamieniałem w banku korony na dolary, okazało się, że każdy z nas ma ponad sześć tysięcy dolarów w worku. Gdybyśmy wtedy zainwestowali te 18 000 dolarów, to mając takiego Józka, wybudowalibyśmy osiedle mieszkań i do dzisiaj żyli z czynszu (śmiech). Wtedy jednak każdy z nas miał swoje cele i wizje… Jednak kończąc skandynawski temat: powiem, że najpiękniejsze wspomnienie to chwila przed wejściem na prom z Ystadt do Świnoujścia, kiedy mogłem sobie pozwolić wejść do sklepu z płytami CD i kupić to, co mi się podoba. No może bez przesady (wszak wiedziałem, że w Niemczech jest dużo taniej), ale i tak nie mogłem się powstrzymać od zakupu „Twist in My Sobriety” Tanity Tikaram, „Desintegration” The Cure, no i oczywiście ukochanego Bono z U2 i albumu „The Joshua Tree”… Potem po drodze w Opolu kupiłem wieżę Technicsa w Peweksie, którą wiozłem na kolanach w Twoim polonezie, a na koniec… widok moich rodziców w domu, gdy prócz sprzętu zobaczyli prawdziwy na owe czasy majątek 6000 dolców. Mieszkaliśmy w bloku w Sosnowcu na ósmym piętrze, więc Tata zamknął drzwi na oba zamki i cicho powiedział: „Synu, ja przez całe życie nie odłożyłem więcej niż dwa tysiące dolarów, a Ty masz ich trzy razy tyle”. Wtedy razem z Ojcem i Mamą popłakaliśmy się ze szczęścia, a ja sobie pomyślałem: „Boże, chyba jestem jednym z najbogatszych ludzi w Polsce (śmiech)!”.

G.Ś.: Krzyś, a nie jesteś? (śmiech) Słyszałem, że Twoja fabryka Nanomaksa to cudo techniki i prawdziwy skarb. Pewnie zarabiasz miliony na tych produktach! Pochwal się, proszę.  

K.SZ.: Grześ, nie wkurzaj mnie (śmiech), błagam. Nasza fabryka produkuje tylko dlatego, że nie miałem pojęcia o tym, iż nie da się zrealizować dwudziestomilionowej inwestycji razem z UE i PARP (Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości) będąc „pustym jak słoik po majonezie zaraz po Wielkanocy”. Nawet nie zdajesz sobie sprawy, jak bardzo to było niemożliwe! Drugi raz nigdy w życiu bym się tego nie podjął i „nawet kijem tego tematu bym nie dotykał” (śmiech)…

G.Ś.: Oczywiście, że zdaję sobie sprawę, bo widziałem Cię w akcji wtedy – tam na wyspie, gdy krew sikała mi po nogach i byłem pewien, że umieram… Jednak wróciłem do domu z furą pieniędzy i zapłaconym rachunkiem za szpital w Oslo. Wiem, że zawsze dasz radę i każdemu o tym opowiadam. Jestem pewien, że tak samo było z Waszą fabryką i Nanomaksem. To widać nawet po jego opakowaniu! Krzychu, ja na serio widzę w nim Ciebie całego, bo produkt budzi zaufanie (tak jak Ty), jest prawdziwy (tak jak Ty), no i skuteczny! Chyba nie zaprzeczysz? 

K.SZ.: Dziękuję za tak wspaniałą opinię i na pewno nie zaprzeczę, bo w istocie było to podobne przeżycie jak na „naszej” wyspie, tyle że bolało bardziej (bo wtedy to ja krwawiłem, a nie Ty), no i trwało to znacznie dłużej… Przez pięć lat byliśmy Grzesiu „na kolanach” przed szorstkimi bankami, dumnymi inwestorami i sieciami handlowymi, które musieliśmy jakoś zdobyć, oczywiście udając, że firma ma wspaniałą kondycję, a jej produkty są świetne i „idą jak świeże bułki”. Tak to właśnie było każdego dnia, przez prawie dwa tysiące dni i wyglądało niczym zacięta płyta w gramofonie… Wstajesz o 4:44, z bólem poprawiasz minę na swej gębie, zakładasz uśmiech, wykrzykujesz „na pełnej bombie” do lustra „ki-aj” (okrzyk karate) i wychodzisz z domu do walki o wszystko… Codziennie o wszystko. A wieczorem wracasz, zbity bardziej niż Gołota przez Lennoksa i mówisz sobie: „No dobra. Co z tego, że padłem, skoro znowu wstałem? Teraz wróciłem trochę odpocząć, a jutro będę walczył od nowa! A w zasadzie, to mogę być jeszcze zwycięzcą – przecież ostatecznie się nie poddałem? No dobra, prezesie – teraz idziemy spać, a jutro coś wymyślisz. Jesteś w sumie całkiem niezłym wojownikiem, szkoda tylko, że poszedłeś na wojnę z patyczkiem” (śmiech)… Czasami, gdy o tym myślę, widzę dokładnie te dni – jakby rozegrały się wczoraj. Wówczas zdaję sobie sprawę, że jednak są na świecie ludzie, którzy jakoś tę Twoją walkę widzą albo przynajmniej podświadomie ją czują – i ona ich przekonuje do Ciebie. Wtedy – nie wiedzieć czemu – łamią się, być może myślą o Tobie z niedowierzaniem i podziwem, a na sam koniec zwyczajnie, po ludzku, pomagają. Czasem naprawdę na sam koniec, tak jak to było w przypadku zarządu Banku Spółdzielczego w Pszczynie, który uratował nas w zasadzie już po czasie, gdy mieliśmy wydane wszystkie pieniądze z dotacji, przekroczone wszystkie możliwe terminy płatności i trzy tygodnie do końca projektu w zakresie wymaganej przez PARP inwestycji. Gdyby ona nie została zamknięta, wszystkie te miliony musiałbym zwracać przez resztę swego życia, nie wspominając o wspólnikach, rodzinie i swoich najbliższych, których skazałbym na bardzo trudny los – i to do samego końca moich dni… To właśnie wtedy urodziłem się po raz drugi i obiecałem sobie, że kiedyś napiszę o tym wszystkim książkę. Mam już pomysł na jej treść, głównych bohaterów, także głównych skurwysynów, a nawet i sam tytuł „Be dynamic” który „uświęcił się w boju” jako slogan mojej rodzinnej firmy. W każdym razie, będzie to opowieść o prawdziwych ludziach, którzy zmieniają świat na lepszy, bo mają w sercach coś więcej niż schematy, przepisy i pieniądze. Za pieniądze kupisz prawie wszystko, ale cała ta banda analityków, urzędników i polityków – nie wyłączając fałszywych kapłanów – nigdy nie zrobi nic dla ludzkości! Oni, ustawiwszy się gdzieś na bezpiecznym zadupiu, mogą tylko obserwować prawdziwych wojowników, śledzić postępy oraz ewentualnie próbować ich naśladować. Oczywiście wcześniej muszą zdołać nakraść tyle, aby kogokolwiek móc choćby udawać. Znamy ich z TV i codziennego życia. To są fałszywi prorocy, zguba cywilizacji i przedsiębiorczości, prawdziwa zaraza tego świata. Ale chyba trochę się zagalopowałem. Kończąc ten wątek, powiem tylko tyle, że nienawidzę urzędników, polityków, kapłanów w różnych dziwnych czapkach i sukienkach oraz analityków. Do tego stopnia, że gdy pytają mnie czasem w mediach o analizę rynku, to odpowiadam tak: „Panie redaktorze, nie przypadkiem to zagadnienie ma cząstkę „anal-“ na samym przodzie, dlatego wg mnie…” (śmiech) – no i tutaj zazwyczaj dziennikarz mówi: „Okej, panie Krzysztofie, to może przejdziemy do kolejnego pytania. Podsumowując, przyjacielu, mogę śmiało powiedzieć, że cuda się zdarzają, bo doświadczyłem ich całkiem sporo przez ostatnie lata. W zasadzie to sam jestem najlepszym dowodem na to stwierdzenie, bo wisząca nade mną przez całe lata – realna i ostateczna – katastrofa przemawiała do mnie głośniej niż codzienne wycie „ki-ai” do lustra. Gdyby więc nie było nad nami cudownej opatrzności (jakkolwiek ją nazwiemy), to nic nie byłoby w stanie pomóc mi dojść do miejsca, gdzie dzisiaj jesteśmy z Nanomaksem. Skoro zaś pytasz o moje miliony, to póki co, widziałem tylko te z dotacji, które po dołożeniu kredytów wydaliśmy sami, bo wspaniali inwestorzy (ci sami, co pisali z nami projekt) – wycofali się z dnia na dzień, gdy nie udało się zmusić nas do odstąpienia im kolejnej puli udziałów. Po nich przyszli do firmy zwykli, normalni ludzie, którzy dołożyli oszczędności swego życia i do dzisiaj są moimi wspólnikami. Takim przykładem na pewno jest mój największy przyjaciel od podstawówki – Jacek, który kupił swe udziały najdrożej z wszystkich nas na pokładzie Dynamica, bo nie połapał się, w jakim dramacie zagra (śmiech). Nieco innym przykładem, ale równie życiowym, jest pan Bogdan z okolic Bełchatowa, który sam nalegał na swą inwestycję, mimo że (paradoksalnie) – sam starałem się mu ją odradzić, czując, co może się stać z jego oszczędnościami. Mam nadzieję, że oni nigdy nie przeczytają tego artykułu (śmiech). Zatem jeśli miałbym Ci opowiedzieć, najprościej jak potrafię o moim sukcesie, to chyba opisałbym go tak: 

    • Dopada Cię wizja zmiany świata na lepszy i zapisania się złotymi zgłoskami w jego historii (nie ma wtedy znaczenia, że wiesz, iż będzie to tylko srebro zamiast złota, a ściślej mówiąc: nanosrebro).

    • Wypłacasz z konta całą swoją kasę i zapominasz o niej, wrzucając do firmy, a następnie sprzedajesz wszystko, co masz (dom, działki budowlane, samochód, z czasem także swoje kolekcje i na sam koniec zabawki swego dziecka, gdy brakuje Ci na mleko i chleb).

    • Pożyczasz od przyjaciół i rodziny wszystko, co możesz (a najlepiej znacznie więcej).

    • Namawiasz wszystkich, którzy mają jakiekolwiek zarobione pieniądze i są w stanie je dołożyć, by zaostali Twoimi nowymi wspólnikami (bo straciłeś już nadzieję na wielkiego inwestora).

    • Przekonujesz wspólników, że tylko Ty masz w ręku prawdziwy skarb (oczywiście starając się ukryć przed nimi prawdziwe wyniki sprzedaży).

    • Orientujesz się, że to wszystko, co zrobiłeś, na pewno nie wystarczy, więc pozostaje Ci walka wręcz gołymi pięściami (gdy nie masz już żadnej nadziei na odsiecz, czołgi, działa lub karabiny).

    • Codziennie idziesz pewnie do swej roboty i po drodze masz tylko „rozwalić” każdego, kto stanie naprzeciw Twej wizji (a po czasie zapominasz, że robisz to codziennie – niczym robot).

    • Po sześciu latach wybucha epidemia koronawirusa, a ponieważ masz najlepszy na świecie żel i płyn do dezynfekcji (bo jako jedyny nie śmierdzi i ma badania dermatologiczne poważnego instytutu), „całkiem niechcąco” wyprowadzasz firmę na prostą i notujesz pierwsze w jej historii zyski.

    • Na koniec Twój przyjaciel i ulubiony wizjoner – Grześ – zaprasza Cię do studio, aby nakręcić film i zrobić z Tobą wywiad, a wszystko dlatego, że masz prawdziwy skarb w postaci produktu, którego on także używa (bo znowu „niechcąco” Nanomax faktycznie działa). 

    • A po drodze, może tuż przed samym szczytem, ludzie Cię pytają: „Panie Krzysztofie, jak Pan wymyślił Nanomaksa?”. I właśnie w tym momencie „kapujesz się”, że oni na serio go kochają nieomal tak samo jak Ty, ponieważ on na serio działa (o czym oczywiście wcześniej nie miałeś czasu się przekonać, bo codziennie walczyłeś o życie).


GŚ.: Faktycznie – sam znalazłem Cię poprzez Wasze produkty, które powoli stają się hitem, ale przecież to nie mogło się stać (jak powiedziałeś żartem „niechcąco”) – więc gdzie leży prawdziwy sekret Nanomaksa? 

K.SZ.: Mimo zaawansowanych nanotechnologii, jakimi dysponujemy w fabryce, to jest bardzo proste. Dużo prostsze, niż Ci się wydaje… Oczywiście wszyscy sprzedawcy zachwalają swój produkt, bo „wszystko na tym świecie, za wyjątkiem wyładowań atmosferycznych, to sprzedaż”, ale tak na serio – to boli mnie głowa, gdy słucham ich reklamowego bełkotu. Chemia, Grzesiu, to nic innego jak uczciwa matematyka substancji, więc jeśli zaoszczędzisz na składzie surowców (bo musi Ci starczyć na reklamę w TV), to wyprodukujesz i sprzedasz g… Oczywiście bardzo ważne jest właściwe połączenie tych substancji, czyli tzw. formulacja, ale mając takiego chemika jak my (a uwierz mi, że on odpoczywa, bawiąc się chemikaliami w domu (śmiech)) oraz urządzenia w laboratorium za ponad dwa miliony złotych, można stworzyć solidny i skuteczny produkt. No i to właśnie postanowiliśmy zrobić inaczej niż wszyscy, nie bojąc się, że nasz produkt będzie najdroższy na półce. Pamiętam, jak w 2010 roku zatrudniłem do pomocy kilku specjalistów z branży, a następnie wyrzuciłem ich z hukiem poza ogrodzenie firmy i to zaledwie po godzinie rozmowy. Oni mi tłumaczyli, że ma to być tanie, bo nie damy rady walczyć z konkurencją i ma to być na tyle kolorowe, aby „ludziki” (jak się wówczas wyrazili) chętnie to kupowały. Chcieli po prostu wdrożyć nam projekt na kolejne nijakie Pronto lub pstrokatego Ludwika z wielką czerwoną dupą w srebrnych (od nanosrebra) majtkach. O dziwo, większość moich ówczesnych wspólników zgodziła się z tą radą, ale ja powiedziałem, że: „nie po to robię dziesięć lat fikołki jako agencja reklamowa i udaję, że promuję najlepsze rzeczy dostępne na tym świecie, aby robić to dalej z własnymi produktami, ponieważ to one właśnie mają być sumą tego, w co wierzę i co potrafię zmieścić w tej małej, pierd… butelce Nanomaksa”. Jednym słowem Nanomax ma być najlepszy, jaki potrafimy zrobić, i powinien kosztować tyle, abyśmy mogli zarabiać, nie wstydząc się tego, co lejemy do środka. Na początku się na mnie obrazili, ale po paru latach wiedzieli, że mamy coś, czego nie ma nikt – i tak pozostało do dzisiaj, mimo że ówcześni wspólnicy odeszli już z firmy, gdy bankomat Dynamic przestał im płacić. Nie opowiadałem Ci jeszcze, jak splajtowaliśmy dzięki donosowi do sieci CASTORAMA na Nanomaksa? Było to dzięki uprzejmości naszej konkurencji, ale to temat na kolejny dreszczowiec, więc wracajmy do chemii… Wiesz już, jak jest z tą chemią – prawda? No właśnie, tak samo jak z matematyką, ale na pewno nie wiesz, że jest z nią dokładnie tak samo jak z winem… Serio!

G.Ś.: Chłopie, no nie żartuj, chcesz mi powiedzieć, że Twoja wymarzona winnica w Rodakach będzie produkować chemiczne wino (szok w oczach Grzegorza)? 

K.SZ.: Na pewno nie, przyjacielu (śmiech)! Z chemią jest jak z winem, bo gdy użyjesz do produkcji gównianej wody, to będziesz miał z pewnością gówniane wino. Dokładnie tak samo jest z chemią! Pomyśl: zatrudniasz do firmy najlepszego technologa, który ma świra na punkcie jakości, piszesz projekt dotacji na dwadzieścia milionów, narażasz się, że wszystko to możesz stracić, kupujesz za dziesięć milionów maszyny i za kolejne dwa „zabawki” do laboratorium dla technologa, a na sam koniec podłączasz kran z bieżącą wodą i po temacie! Klapa na całego, bo woda z wodociągów to nie jest czyste H2O! Jest ona naszpikowana wszystkim, co powoduje, że w ogóle można ją pić, ale Ty nigdy nie wiesz w 100%, co jutro popłynie z kranu! No i o to właśnie chodzi, żeby być tego pewnym na 100%, dlatego pierwsze, co uruchomiliśmy na terenie fabryki, to była stacja do demineralizacji i uzdatniania wody. Jeśli woda stanowi 90% produktu, to musisz na niej polegać, bo inaczej reakcje chemiczne będą przypadkowe, a nie zaplanowane, zwłaszcza że pracujemy w skali nano! Tutaj wystarczy więc jedna „zła” kropla na całą tonę wody i nie ma mowy o utrzymaniu jakości. Dlatego nasza woda jest tak czysta, że nawet nie wolno jej pić! Po prostu kliniczne i laboratoryjne H2O i nic poza tym. Stąd właśnie możemy sobie pozwolić na zakup najdroższych surowców i komponentów: butelek, korków i etykiet na aluminium zamiast papierowych – wiemy, że one się nie zmarnują, gdy jakaś reakcja przebiegnie inaczej niż było w planie… Oto historia chemii, matematyki i wody w jednym zdaniu. Do tego oczywiście dochodzi własna nanosynteza srebra i cały szereg procesów kontroli jakości, ale na sam koniec możesz być jednego pewien: to zadziała! Tobie zaś mogą zarzucić wszystko, ale na pewno nie podrobią Ci jakości i nie udowodnią, że taktujesz ludzi jak baranów i sprzedajesz im dziadostwo. To właśnie ci ludzie są dla mnie prawdziwymi wspólnikami, bo to oni wydają swoje ciężko zarobione pieniądze na coś, co powstało w Twojej głowie i ma być najlepszym produktem na rynku. To dzięki zadowolonym ludziom, którzy lojalnie wracają po Nanomaksa, sprzedaliśmy w 2020 roku ponad milion butelek, z czego ponad siedemset tysięcy Nanomaksa PROFESSIONAL (najlepszej i najwyższej serii produktów). Patrząc na ten wynik, mimo że zdecydowana większość oferty znalazła się w wielkich sieciach handlowych, ja nisko kłaniam się każdemu z tych ludzi, którzy wydali po 25 zł za Nanomaksa, zamiast po 9 zł za Mr Muscle z jego wielką, pstrokatą dupą (śmiech). 

G.Ś.: To wiem już, dlaczego zadziałało to także w mojej kurzej fermie! Nic nie mogło jej doczyścić, aż nagle pojawił się Nanomax i po sprawie… Teraz pokazuję to w kółko na YouTube i cały czas do mnie dzwonią z pytaniami” „za ile i gdzie to można kupić?”. A więc namówiłem szefa sklepu www.zdrowiebezlekow.pl) aby nawiązać z Tobą współpracę. No i teraz będziemy to mieli w sprzedaży – już nie mogę się doczekać. Ale na koniec, Krzysztofie – powiedz mi szczerze, co będzie dalej? Jakie masz plany na połączenie fabryki Nanomaksa z winem? Bo Twojego wina też chętnie byśmy spróbowali! 

K.SZ.: Grzesiu, przez ostatnie dziesięć lat dowiedziałem się, jak jest ze skuteczną chemią, ale nie wiem jeszcze, jak jest ze smacznym i zdrowym winem. No i tutaj znowu muszę zaprosić do swej zagrody fachowców, ale mam nadzieję, że tym razem ich wizyta potrwa dłużej niż godzinę. Wiem, że wino wymaga prawdziwej miłości, lat pracy i sporej cierpliwości (także do fachowców kochających tą robotę) – a my coraz młodsi nie będziemy... Mówiąc szczerze, decydując się na Rodaki i wino, musiałem zakończyć pewien etap, który, jak widzisz, nazwałem „walka o życie”. Myślę, że jakimś cudem udało się je uratować (podobnie jak kiedyś i Twoje na norweskiej wyspie). Przed wakacjami w zeszłym roku postanowiłem oddać stery fabryki w ręce nowego prezesa, a zarazem mojego najdzielniejszego wojownika i przyjaciela z AWF – Darka Zawrzykraja. Gdy wszyscy mieli już dosyć, on jedyny walczył razem ze mną do upadłego i tak zrodziła się kolejna piękna historia oraz następny rozdział książki „Be dynamic”. Mam więc nieco więcej czasu i mogę skupić się na marketingu oraz domku na wsi. Póki co, mieszkam nadal w Bielsku-Białej, a Rodaki to jeszcze nie jest posiadłość, jak napisano, ale mały stary domek po moim Ojcu, który teraz chce rozbudować, urządzić w nim rodzinne życie i zabrać swoją Matkę z sosnowieckiego bloku. Ten ostatni punkt wydaje mi się obecnie najtrudniejszy, bo Henia uwielbia spacery do „Biedry” i lekarzy w blokowisku obok, ale w końcu mam Was (śmiech) ze „Zdrowiem bez Leków” – więc myślę, że mi pomożecie. Chciałbym też częściej przebywać wśród takich ludzi jak Ty, Grzegorzu, bo zawsze „ładujesz całą okolicę” swoją dobrą energią, a ja lubię to właśnie czuć. Lubię, jak się dzieje, ale też czasem kocham ciszę i spokój. Aby to wszystko się udało, muszę jednak sprzedać jeszcze mnóstwo żelu i płynu do dezynfekcji, bo swoją odprawę za 10 lat pracy wziąłem z firmy właśnie pod tą postacią (śmiech). To nadal moja ukochana firma i marka, dlatego nie mogłem załatwić tej sprawy inaczej. Jeśli więc chcesz napić się mojego wina, zacznij od tego produktu – on też jest zrobiony na alkoholu (śmiech), a ponieważ jest to najlepszy gatunkowo alkohol (co jak zawsze jest oczywiste przy surowcach Nanomaksa). Dzięki temu produkt nie śmierdzi, ma nanokomponent do lepszego wchłaniania i piękną butelkę… Kazałem rozlać go dużo więcej, niż powinniśmy, bo uważałem, że ludzie zasłużyli na to, aby po pracy użyć czegoś, co nie wysusza dłoni, nie powoduje uczuleń i po prostu pielęgnuje skórę. Nie jest to może najtańszy preparat, ale to w zasadzie reguła w Nanomaksie i doceniają ją zwłaszcza kobiety, które dbają o dłonie. Sam produkt jest czymś, z czego jestem dumny, więc chętnie zrobię Wam na to specjalną cenę w promocji. Skoro macie (jak mówiłeś) 70 tysięcy Czytelników, to starczy każdemu po buteleczce. A mówiąc zupełnie serio, to zaczynam inwestycję w winnicę w kwietniu tego roku i zamierzam ją skończyć na zimę. Dopiero wtedy mogę przeprowadzić się na wieś i zacząć kolejny etap, który chciałbym nazwać „owoce życia”, ale nim on nastąpi, trzeba mi jeszcze trochę popracować. Jestem dobrze zaprawiony w boju i myślę, że limit cudów mam jeszcze niewykorzystany, a ponieważ mawiają, że dobro wraca, to mam nadzieję, że wiedzą, co mówią. Jednak też czekać z założonymi rękami na cud nie będę.

G.Ś.: Krzyś, oczywiście wchodzimy w tę promocję, bo chcemy spróbować wina z Rodak (śmiech). Gdyby nie to, że ten artykuł nie może być większy niż cały miesięcznik, to rozmawialibyśmy dłużej, ale bardzo Ci dziękuję, przyjacielu, za wywiad i mam nadzieję, że będziemy działać już razem! Do zobaczenia i powodzenia w temacie owoców, które należą Ci się jak nikomu na świecie.



Koniec.

Produkty 
nanomax®: nanomax ® środki czystości (zdrowiebezlekow.pl)